Henryk Cześnik. Niebezpieczne zabawy – wernisaż

Henryk Cześnik. Niebezpieczne zabawy – wernisaż

– Staję przed płótnem i nie wiem, co się wydarzy…

Niezwykłe malarstwo. Jeden z najważniejszych obecnie twórców sztuki w Polsce prezentuje swoje prace w Galerii BWA w Pile.

Malarz, rysownik, scenarzysta Henryk Cześnik – jeden z najważniejszych obecnie twórców sztuki w Polsce – gościł w Pile. Ten „natychmiast rozpoznawalny” – jak piszą o Cześniku – Artysta przyjechał na wernisaż swoich prac. Wystawa nosi tytuł „Niebezpieczne zabawy”. – Czuję się tu nieco niepewnie… Muszę państwu zdradzić, że na te ziemie w okolice Piły przyjechałem jako młody chłopak, około 60 lat temu… Mój ojciec urodził się w Czarnkowie – powiedział, wzbudzając niemałe zaskoczenie gości spotkania.

Nie używa pędzli, maluje rękoma, różnymi przedmiotami „do żywności”, wciera tusze palcami… Na szpitalnych prześcieradłach, znakach drogowych, płótnie, tekturze, starych drzwiach, lustrach, kartach z kalendarzy ściennych. Swoim studentom mówi, że najważniejszym jest, by znaleźć swój język, by znaleźć siebie.

– Ważne jest to, by swój sen opowiedzieć… A to, czym to się robi i na czym jest to już sprawa drugorzędna.

„Ekstatyczny czciciel codzienności” – piszą o Henryku Cześniku portale poświęcone sztuce. Brał udział w stu kilkudziesięciu wystawach indywidualnych w renomowanych galeriach świata. Jego prace znajdują się w zbiorach liczących się Muzeów Narodowych Polski oraz kolekcjach prywatnych. Laureat licznych nagród artystycznych. Jest profesorem zwyczajnym na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie prowadzi malarską pracownię dyplomującą, na Wydziale Malarstwa i Grafiki. Mieszka pod Sopotem.

Obrazy, które państwu prezentujemy są ekspresyjne; każdy jest osobną opowieścią o codzienności (ale i rodzinnych świętach, tradycji, przyzwyczajeniach, rytuałach, tragediach, czasem śmiesznościach), a bohaterowie tychże opowieści zazwyczaj groteskowo zdeformowani, czasem zabawni, zdarza się, że przerażający… Zachwyca kolorystyka dzieł, nieoczywista, ciemna, „wciągająca” głębią i przygaszonym światłem. Kreska, którą kreśli bohaterów jest cienka, rysunkowa, jak w karykaturze, ale twarze postaci – często powycinane z kolorowych magazynów – rzeczywiste, realne, oddające z fotograficzną precyzją ich stany ducha. To zestawienie dwóch światów w jednym dziele przyciąga, zachwyca, zmusza do refleksji.

„Rysowanie/ malowanie/ pisanie/ obrazowanie. To malarstwo z ducha rysunku – tak chyba najprościej można zdefiniować technikę, ale i energię artystyczną Henryka Cześnika. W jego sztuce to kreska jest nośnikiem treści, znaczeń i dramaturgicznych zwrotów akcji. Zatem jest Cześnik rysownikiem, ale częściej pracującym na płótnach niż papierach. Lubi rozmach i duże formaty, najchętniej wielkości prześcieradła, czyli na przykład 200 x 130 cm. Cześnik w swej sztuce opowiada się całkowicie po stronie treści, narracji, historii; nawet jeśli są one fragmentaryczne, urwane, nieciągłe, nadal pozostają opowieściami. Te obrazowe narracje mają bardzo różnorodne źródła – najwięcej tu chyba przygód własnych, wspomnień, zasłyszanych opowieści. Są liczne cytaty z rzeczywistości, rzeczy zobaczone na ulicy czy w telewizji, ale są również jawne i częste odniesienia do historii malarstwa, do historii sztuki” – pisze Bogusław Deptuła.

***

Był to niesamowity wieczór pełen niespodzianek i wzruszających chwil. W rozmowie z Edmundem Wolskim, dyrektorem BWA, Henryk Cześnik nie krył emocji i wzruszenia faktem, że po latach powrócił na ziemie, które naznaczyły los jego ojca i całej rodziny.   

– Jestem dziś w miejscu dla mnie szczególnym. W okolicach Piły byłem około 60 lat temu. Przyjechałem tu jako młody chłopak do rodziny rozsianej na tej ziemi. Tu urodził się mój ojciec – w czasie wojny był w partyzantce, o ile dobrze pamiętam, jego oddział nazywał się „Noteć”. W pewnym momencie urządzono krwawą zasadzkę i ugrupowanie zostało rozbite całkowicie. Ojciec ukrywał się na Wybrzeżu, ponieważ był poszukiwany przez gestapo, później aresztowany, wydano wyrok na niego – karę śmierci… Udało mu się uciec, ale ta kara śmierci chodziła za nim do końca wojny. Ukrywał się w Gdyni. Gdy wojna się skończyła, zatrudnił się tam w cukierni – wcześniej rodzina miała w Czarnkowie cukiernię. Tam poznał moją mamę. I dzięki temu dziś siedzę tutaj przez państwem… Mój ojciec nie żyje już przeszło 30 lat, ale myślę, że byłby bardzo dumny widząc mnie tutaj – opowiadał Henryk Cześnik podczas wernisażu.

– Ojciec bardzo odradzał mi studia plastyczne, bo „to jest nędza, głód, nigdy nie zarobisz na chleb, raczej będziesz kradł” – mówił. Był bardzo przeciwny temu. Natomiast gdy po śmierci otworzyliśmy jego szafę, było w niej pełno wycinków z gazet na mój temat. Gromadził je, nic nikomu nie mówiąc… wycinał te artykuły i wzmianki nożyczkami, było tego mnóstwo… Był dumny ze mnie po cichu. Nigdy się do tego wycinania nie przyznał.

– Jako brzdąc trzyletni niszczyłem bardzo drogie cukiernicze albumy ojca, które sprowadzał z Włoch. Z jednej strony były zdjęcia cukierniczych wyrobów, z drugiej – czysta kartka. Był to mój pierwszy kontakt z kredą, nie znałem innego papieru, nie wiedziałem wtedy, że może być lepszy czy gorszy papier kredowy… Na tym znakomicie się rysowało kopiowym ołówkiem, jak się go pośliniło…  Ale albumy zostały totalnie zniszczone! A ja wtedy już wiedziałem, że nic innego nie będę w życiu robił…

– To nie ja wybrałem malarstwo. Malarstwo wybrało mnie. Na malarstwo trafiłem przypadkiem… Miałem zamiar studiować w Wyższej Szkole Rolniczej – wychowywałem się w lesie, chciałem do lasu wrócić, chciałem mieć samotnię, mieć swój domek. Ale gdy przyjechałem na egzaminy zakwaterowali nas w koszarach… nie muszę mówić co się tam działo. Przespaliśmy egzaminy. Potem poznałem studentkę drugiego roku malarstwa. Chcieliśmy być bliżej siebie, więc poszedłem na malarstwo! – zdradził. – I tak to się zaczęło!

Z Państwową Wyższą Szkołą Sztuk Plastycznych związał się na ponad 40 lat… Dziś jest jej profesorem. Studenci uwielbiają go, bo jest inspiracją. Nie krytykuje i nie ocenia.

– Jestem malarzem – belfrem. Moje motto to „nie przeszkadzać studentowi”.  Czekać do końca. Nie szkodzić. Zawsze jest czas na to, by zaingerować. Studenci mają u mnie zawsze oceny bardzo dobre – jest to też pewien mój protest przeciw stawianiu ocen w czasie studiów; uważam, że studia są od studiowania, a studiowanie jest od popełniania błędów. Im więcej będzie pomyłek, tym lepiej, bo to procentuje. Im ktoś więcej błędów popełni, tym więcej się nauczy. Nie można stawiać ocen niedostatecznych za pomyłki. Owszem, zdarzało się, że musiałem delikatnie zaingerować. Ale rzadko kiedy się mylę. Wszystko to zresztą samo weryfikuje się po latach… To widać na wystawach – mówił profesor Cześnik.  

Oczywiście rozmowy dotyczyły i samej twórczości, procesu tworzenia, towarzyszących mu trudności i obaw, sytuacji, gdy artysta staje przed pustym płótnem, gdy decyduje o postawieniu na nim pierwszej kreski…

– One zwykle potem są zamalowywane – przyznał – Pod każdym obrazem jest kilka innych obrazów.  

– Nigdy nie zdarzyło się, bym stracił ochotę do malowania. Nigdy. Ale są takie okresy, że przez rok nie wchodzi się do pracowni… Nie wiadomo z jakiego powodu. Ja zawsze mówię to moim studentom: obraz to nie jest wymachiwanie rękoma, obraz nosi się w sobie. Dopiero potem następuje realizacja, gdy już walczy się, gdy z uporem materiału się pracuje. Ale obraz powstaje zupełnie gdzie indziej. Zdarza się więc tak, że staję przed płótnem i nie wiem, co się wydarzy, co powstanie finalnie. To rodzi się w trakcie pracy… Często nie wiem, czy ruszę z miejsca. Bo można wiedzieć, co chce się przekazać, ale nie znaleźć dla tego wyrazu. Można porównać to do snu: otóż można mieć wspaniały sen i nie znaleźć słów, by po przebudzeniu go opowiedzieć. Podobnie jest z obrazem. Czasami dzieje się nastrój tylko – nastrój będący następstwem sytuacji, zdarzeń.

Wystawę zadedykował przyjacielowi, artyście malarzowi, Józefowi Czerniawskiemu, który zmarł dwa dni przed pilskim wernisażem.

– Wspaniały artysta, wspaniały człowiek. Spotkaliśmy się 50 lat temu, teraz on niezapowiedzianie, znienacka odszedł… – mówił wzruszony profesor.

Podziękowania i życzenia kolejnych twórczych inspiracji przekazała artyście w imieniu Eligiusza Komarowskiego Agnieszka Matusiak, dyrektor Biura Starosty Pilskiego.

– Dziękujemy za przyjęcie zaproszenia, za przepiękną wystawę, za to, że pan osobiście przyjechał do nas, że znalazł pan czas, za wspaniałą rozmowę i prawdziwe emocje, których mogliśmy być świadkami. Po dzisiejszym spotkaniu może się pan czuć pewnie na Ziemi Pilskiej – zapraszamy serdecznie. Będziemy pana zawsze serdecznie z wielką z przyjaźnią, z uczuciem gościć – powiedziała A. Matusiak.

Wieczór uświetnił minirecital fortepianowy Moniki Sroczyńskiej – pianistki i kompozytorki. W latach 2004-2016 uczyła się gry na fortepianie w Zespole Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Pile w klasie mgr Jolanty Reszelskiej. W latach 2016-2021 odbyła studia w Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy.w klasie kompozycji prof. Zbigniewa Bargielskiego, w klasie fortepianu dr hab. Anny Stempin-Jasnowskiej, a także w zakresie teorii muzyki Dwukrotnie w 2016 i 2018 roku otrzymała nagrodę od Związku Kompozytorów Polskich w Warszawie na Międzynarodowym Forum Pianistycznym „Bieszczady bez granic” w Sanoku. W 2018 roku jej utwór Kontrasty został wyróżniony na III Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy. W 2021 roku otrzymała Platynowy Medal w kategorii „Kompozycja” za utwór Dyslokacje oraz w kategorii „Fortepian” za wykonanie 6 Water Colors Leo Ornsteina na 2021 Quebec Music Competition. Regularnie występowała na koncertach kompozytorskich oraz dwukrotnie na festiwalu „Nowa Muzyka” w Bydgoszczy wykonując utwory własne oraz innych kompozytorów. Jej dorobek kompozytorski obejmuje utwory fortepianowe, kameralne, orkiestrowe, elektroniczne oraz grafikę muzyczną.

Skip to content