Andrzej Mikołaj Sobolewski / Uczta nie ma końca – zaproszenie na wystawę

Zapraszamy do Galerii Wspomnień BWA PP na kolejną wystawę z okazji 50-lecia BWA w Pile – wspominamy Artystów, których z nami już nie ma, a którzy swoją obecnością i swoją sztuką zaznaczyli się w historii miasta i samej Galerii.
Andrzej Mikołaj Sobolewski
Pilski artysta malarz, performer. Urodził się w 1955 r. w Trzciance. Zmarł 1 maja 1999 r., w wieku 44 lat. Zajmował się – jak sam mówił – „malarstwem nieczystym i innymi przekazami okołowizualnymi”. Był członkiem ugrupowań artystycznych krajowych i międzynarodowych. Czynny uczestnik wielu sympozjów, seminariów, plenerów i warsztatów artystycznych. Od 1978 r. twórca wielu działań w obszarach takich jak m.in. prateatr, performance, solo-art, teatr instrumentalny (z kompozytorem Januszem Kohutem)…
***
– Miał w sobie tę pasję, chęć dziecka, naiwnego, szczerego… Podziwiałem go za to. Każdy z nas ma chwile wypalenia – on nie miał. Tworzył przez 20 lat, a robił więcej i bardziej intensywnie, niż inni przez 40. Sam siebie traktował jak „obiekt”, dzieło sztuki… – wspomina przyjaciel i malarz Tadeusz OGRODNIK – Z Sobolewskim, także ze względów pokoleniowych, łączyła mnie bliska znajomość. Jesteśmy z tego samego rocznika. Było wiele wspólnych plenerów, spotkań, imprez! – tak… jest trochę tej legendy! Oczywiście po czasie wszystko to fajnie się wspomina, ale trzeba pamiętać, że to były inne czasy, lata 80-te, 90-te – okres transformacji, przełom przejścia od starego systemu do nowego, później boom rozwojowy na początku lat 90-tych, w innym już ustroju. I trzeba było przez to przejść. I razem się przechodziło…
A „przechodziło” się dyskutując, przeżywając, „transformując”, przekładając, znieczulając, tworząc i raz jeszcze dyskutując…
Małgorzata DORNA: Nieduże atelier, metodycznie i pedantycznie wylepione, wytapetowane pracami, będącymi zapisem przeróżnych nastrojów, klimatów. Tu w oparach werniksu i odwiecznego „napoju Bogów”, wysokoprocentowej ambrozji, wygłaszano niekończące się tyrady i monologi po blady świt, tutaj także w aurze poezji, filozofii, w atmosferze skandalu, cudownego szaleństwa rozstrzygały się losy świata, kultury i sztuki – ostatecznie, nieodwołalnie, na wieki.
(…)
Sobolewski kochał nonszalanckie gesty, kreacje, i prowokacje – był w tym niekwestionowanym mistrzem. Zajmował się – jak sam deklarował – „sztukami wizualnymi i około”. Nie trzeba dodawać, że niezależnie od działań czysto malarskich (Sobolewski był twórcą jak się patrzy, malował dużo i z pasją) właśnie owo „około” czyniło z niego przez lata artystę – skandalistę, fascynującą, niezwykle twórczą indywidualność.”
(…)
Był on w środowisku artystycznym Piły „pięknoduchem”, podpisującym swe dzieła z pewną dozą nonszalancji i ciepła — „A.Mico. Sobolewski”. W jednym z katalogów zapisał jako myśl przewodnią swych artystycznych poczynań — „Sztuki nie trzeba rozumieć – sztuki trzeba łaknąć…”
I sam był najlepszym przykładem owego „łaknienia”:
– Tak go ta sztuka uniosła… — wspomina T. Ogrodnik — Wcześniej robił tylko amatorskie obrazki, ale zawziął się. Pewnego dnia rzucił wszystko i odszedł… Zostawił dom, żonę, wszystko…Wyszedł tylko w kurtce. Związał się z grupą dramatyczną Ananke, zaczął uczestniczyć w takich zabawach parateatralnych, kreować wymyślone przez siebie sytuacje, happeningi. Później zaczął malować… Nie, nie hiperrealizm, nie obrazy „odpędzlowane” ze zdjęcia, a takie, których chciałoby się dotknąć.
W Pile miał pracownię przy Bydgoskiej. Tu, jak w najlepszych pracowniach w okresie Młodej Polski, spotykali się artyści, literaci, dziennikarze, performerzy, przyjaciele, odmieńcy… Dyskutowali, tworzyli, planowali, radowali się i smęcili, pili i piwo i wino, palili… Duch artystycznej cyganerii nigdy wcześniej i nigdy potem nie miał w Pile takiego ośrodka.
– Widzę jego brodatą, uśmiechniętą twarz, postać w mundurze radzieckiego oficera i wiem, że był to artysta jakich mało, prawdziwy i szczery do bólu – wspomina jeden z przyjaciół artysty.
Anna LEJBA: – Był barwną postacią naszego pilskiego środowiska artystycznego lat 80- i 90-tych. Autorem wielu wystaw, prowokacji… Już za życia tworzył o sobie legendę. Pragnął być zauważany – jakby przeczuwając, że niedługo będzie gościem tego wymiaru – żył intensywniej. Tworzył w pośpiechu, do maksimum wykorzystując swój czas. Wzbudzał podziw jednych, współczucie drugich, zawiść trzecich. Jak każdy z nas bywał kontrowersyjny, upadał i się podnosił, by stawić czoła światu. Tworzeniu poświęcił – to nie jest tylko wytarty, pusty zwrot, ale porażająca prawda – wszystko, co może poświęcić człowiek
***
Małgorzata DORNA o malarstwie Sobolewskiego:
„Pobożni artyści idą do nieba, a Sobolewski łazi wszędzie”
(…) Niebo na obrazach Sobolewskiego – laserunkowo gładkie, połyskliwe, niemal przejrzyste, zaniepokojone niekiedy jakąś łacińską inskrypcją, której sensu współcześni i tak pewnie nie zechcą dociec. To, co ziemskie – zmysłowe, rozbuchane, ciężkie, po barokowemu nasycone, aż kipiące od balastu tworzywa plastycznego. Niebiańskie błękity i anielskie chorały – zdecydowanie nie dla Sobolewskiego. W jego malarstwie, w jego życiu – niebo i piekielne otchłanie – w niekończącym się spięciu, na ekstremach. Gdzieś na granicy tych światów, na skrzyżowaniu dróg, gdzieś między „barbarzyńską” Azją i wielce „cywilizowaną” Europą (malarz nie krył był swego tatarskiego pochodzenia, przypisując sobie także carsko-generalskich antenatów) w przestrzeni owej dyfuzji, przenikania się i kotłowania kultur funkcjonowało nieduże atelier, metodycznie i pedantycznie wylepione, wytapetowane pracami, będącymi zapisem różnych nastrojów, klimatów. To w oparach werniksu i odwiecznego „napoju Bogów”, wysoko procentowej „ambrozji” wygłaszano niekończące się tyrady i monologi po blady świt , tutaj także w aurze poezji, filozofii, w atmosferze skandalu, cudownego szaleństwa rozstrzygały się losy świata, kultury i sztuki – ostatecznie, nieodwołalnie, na wieki. (…)
(…) Ostatnie prace Sobolewskiego noszą wyraźne piętno osobowości twórcy, stanowią pewną całość, utrzymane w niepowtarzalnej stylistyce (…). Gdzieś tam, szczególnie w tych większych, monumentalnych pracach pobrzmiewa surowość kompozycji Albrechta Dürera, gdzie indziej widać wyraźny wpływ koncepcji Salvadore Dali, jeszcze inne noszą piętno sztuki odpustowej, „ulicznej”. A wszystko Sobolewskim „podszyte” jak powiedziałby zapewne mistrz Gombrowicz przyprawiając równocześnie „gębę” temu, kto doskonale wie za co „kochamy” artystów, cyganerię, bohemę… A za co Sobolewskiego? Bo wielkim „Artychą” był…”
















