13.05 – 04.06.2016 / Tomasz Perlicjan – Postneognoza w obrazach XXX.

13.05 – 04.06.2016 / Tomasz Perlicjan – Postneognoza w obrazach XXX.

 

P1130496

P1130497

P1130499

P1130500

P1130503

P1130504

P1130465

P1130466

P1130467

P1130468

P1130469

P1130470

P1130471

P1130472

P1130473

P1130474

P1130475

P1130476

P1130477

P1130478

P1130479

P1130480

P1130481

P1130482

P1130483

P1130484

P1130485

P1130486

P1130487

P1130488

P1130489

P1130490

P1130491

P1130492

P1130493

P1130494

 

P1130506

P1130507

P1130508

P1130509

P1130510

P1130511

P1130512

P1130513

P1130514

P1130515

P1130516

P1130517

P1130518

P1130519

P1130520

P1130521

 

Tomasz Perlicjan – Penetrator Mistycznych Przestrzeni Plastycznych. Urodzony w 1966 roku w Pile. Od 1993 roku prowadzi pracownię i galerię autorską „Odkrywkowa Kopalnia Sztuki Współczesnej” w Pile. Uczestnik licznych wystaw krajowych i zagranicznych. Ojciec Współzałożyciel Otwartej Grupy Twórczej LUXMEDIA ART. Prace Tomasza Perlicjana znajdują się m.in. w zbiorach: Galeria „Brama” Warszawa, ART. – „AGADA” Sp. z o.o. Warszawa oraz w zbiorach prywatnych w Polsce, Finlandii, Niemczech, Francji, USA, Kanadzie oraz w Państwowym Muzeum na Majdanku.
Świat malarski to za mało…

Tomasza Perlicjana od zawsze pasjonowały różne dziedziny sztuki – malarstwo, działania parateatralne, performance, videoart, a także poezja. Jednak wszystko, co tworzy wyrasta z malarstwa, ono jest kluczem do penetrowania mistycznych obszarów ludzkiego bytu. To głównie w malarstwie artysta wytrwale i z mozołem poszukuje własnej formy wyrazu. Scala, co rozedrgane – rozbija, co scalone. W trakcie tworzenia obrazu pierwotny zamysł ulega modyfikacji. Odwracają się znaczenia, zmieniają sensy, wszystko jest płynne, umowne, podporządkowane jakiejś nadrzędnej podświadomej logice, która kieruje procesem powstawania dzieła. Jednak dla Tomasza, ażeby dotrzeć do odbiorcy z przekazem, świat malarski to za mało, jest dla niego zbyt statyczny i niemy, mimo że jego obrazy wręcz krzyczą swą wielobarwnością i dynamiczną formą. Perlicjan pragnie, by jego sztuka istniała w czasie, działa się „na żywo”. Dlatego od wielu lat „podrasowuje” swoje artystyczne działania wydobywając to, co w nim tkwi poprzez ruchomy obraz, dźwięk i słowa – ekspresja ulega wówczas wzmocnieniu, eksplorowana w czasie pobudza więcej zmysłów.
Jest twórcą zawsze gotowym do podejmowania nowych wyzwań, tworzącym w ciągłym nienasyceniu, jak wieczny eksperymentator, otwarty na kolejne nowe działania. Ale to nowe nie przychodzi samo z siebie, nowe trzeba wykradać wyobraźni szybko, jakby naprędce notować pojawiające się koncepcje, tworzyć dla nich formę, która jest nośnikiem nowego zamysłu. Oto artysta, który jest więźniem własnej wrażliwości, obdarzony przymusem tworzenia, wyrażania własnych odczuć, emocji, wzruszeń wybiera dla nich formę najczęściej dekoracyjną, jakby celebrował proces tworzenia. I tak jego obrazy trafiają do wnętrz, które zdobią unikatowym klimatem przypominając dawne wielobarwne mozaiki bądź świetliste witraże. Trafiają także w przestrzeń miejską – do klubów i do parków, nocne projekcje na powietrzu wśród drzew przyciągają wielu widzów. Uzupełnia je ścieżka dźwiękowa połączona z prezentacją poezji. Oczywiście własnej, ponieważ Perlicjan to także poeta.
Tomasz jest wszędzie i wszędzie go pełno, napełnia sobą wiele imprez, jak Noce Muzeów czy Metafizyczne Noce Artystyczne, był też współtwórcą Pilskiego Kalendarza Artystycznego, w którym sztuki plastyczne eksponowane są w połączeniu z poezją pilskich twórców. Jego znak rozpoznawczy to czarny melonik na głowie i szeroki pędzel w butonierce. Przypominają one o tradycjach bohemy artystycznej XX wieku. Tak mniej więcej jawi się Tomasz Perlicjan obecnie, takim go znamy i tak postrzega go młody widz ciekawy sztuki. Co przyniesie przyszłość, okaże się z czasem, twórca może zaskoczyć nas nowymi pomysłami, pojawić się w miejscu, którego przewidzieć nie sposób. Ważne, by nie przestał poszukiwać, by zaciekawiał i nadal intrygował.

Tadeusz Ogrodnik, kwiecień 2016

 

Surrealne koncepty Tomasza Perlicjana.

Jedynie pogłębione poznanie tradycji pozwala na prawdziwe

nowatorstwo i jedynie prawdziwe nowatorstwo pozwala zachować

pełny, żywy stosunek do własnej tradycji, przeszłości.”

Mieczysław Porębski1

Na obrazach Tomasza Perlicjana trzy pieprzone kluski siedzą na krawędzi talerza, zadowolone z siebie buraki zwieszają wdzięcznie, finezyjne w rysunku wąsiska. Ceratowa serweta w niezbyt gustowną kratkę zamyka kompozycję wbrew wszelkim zasadom sztuki realistycznej – celowo pionową płaszczyzną. Skrzydlate ważki, motyle zdają się trwać jak secesyjny ornament, przyszpilone, wklejone w kawałek witrażu. Kociska o zielonych, szklanych oczach – patrzą jak urzeczone, przypominając owe porcelanowe stwory, jakie spotyka się jeszcze na targowiskach. Nos Pinokia wydłuża się w nieskończoność, aniołom wyrastają wprost z pleców ciężkie, kamienne skrzydła, a nienaturalnie duże, płasko malowane oczy bohaterów, umieszczone w zdeformowanych twarzach – przypominają raczej satyryczny rysunek lub kadr z film animowanego, niż fragment realistycznego portretu. Niby wszystko to znamy, niby wszystko to było… Jednak trudno się oprzeć przekonaniu, że prace Tomasza są niezwykłe i że owa niezwykłość, owa odmienność, rozpoznawalność (niekiedy chropawej, celowo niedoskonałej, nieco „jarmarcznej”, dotykającej kiczu stylistyki) stanowi bezsporny walor, ważny wyróżnik jego, Perlicjana – indywidualnego sposobu myślenia i postrzegania rzeczywistości.

Niezwykłość dzieła sztuki, pojmowanego w kategoriach osobistej, subiektywnej wypowiedzi – polega (czego niewątpliwą dokumentacja okazują się awangardowe zjawiska w plastyce naszego stulecia) na swobodnym operowaniu konceptem, mozaiką, nagromadzeniem skontrastowanych ze sobą symboli i form, naznaczonych nie tylko piętnem barokowej „cudowności”, ale i dowcipu, zabawy proponowanej odbiorcy, do udziału w której zostaje on nie tyle zaproszony, co zobligowany. Nieprzypadkowo zatem galerie i poważne (do niedawna) dostojne salony sztuki – w początkach XXI wieku stają się miejscem zabawnych eksperymentów, błazeńskich, zabarwionych groteską poczynań, jak chociażby wystawy konceptualistów, popularne na Zachodzie już w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Wystarczy w tym miejscu przypomnieć artystyczne prowokacje Jacka Tylickiego, właściciela Nowojorskiej galerii, nazwanej ironicznie „Kurnikiem”, w której żywe kury oglądają własne wizerunki, namalowane z całą powaga i patosem dziewiętnastowiecznego realizmu, zgodnie z zasadą, że „For a chicken the most beautiful is chicken”.2

Powrót konceptu, pomysłu sprawia, że artystą przestaje traktować swoje dzieło ze „śmiertelna powagą”, że traktując siebie samego jak znaczący i zabawny w istocie Art-Object – przywdziewa prześmieszne maski, kostiumy, pokazując że posiada własny pomysł na zaistnienie. Ten wyrafinowany, błyskotliwy i koniecznie zaskakujący pomysł, któremu podporządkowana zostaje cała stylistyka dzieła, rodzaj obrazowania, metaforyki – znamionuje postawę twórcy o intrygującej, zda się „komediowej” psychice lub może – psychice „komedianta”, twórcy czerpiącego z życia zachłannie, w jakimś zapamiętaniu, uniesieniu, w przekonaniu o owej „marności żywota”, która (paradoksalnie) pozwala doceniać urodę momentu, mgnienia, niepowtarzalnej, ulotnej chwili.

Na wystawie w Galerii BWA, w Pile – pokazano „wszystko”. Owo „wszystko” to w istocie gombrowiczowska „gęba” przyprawiona poważnym, cenionym w środowisku artystom. To także nieco złośliwy, śmieszny gest wiecznego prowokatora, który zdaje się mówić: „Oto macie: ponad osiemdziesiąt dobrze namalowanych, sugestywnych obrazów, pochodzących z różnych okresów mojego życia, ponad osiemdziesiąt arcydzieł, bowiem ja sam: Sprawca, Kreator, Penetrator jestem arcydziełem największym.” Parafrazując myśl nowojorskiego malarza, przywołaną tu wcześniej – można by jeszcze dodać: „Dla prawdziwego artysty najpiękniejszy jest – sam Artysta”.

Tak więc Perlicjan pokazuje ponad osiemdziesiąt prac, postrzeganych na prawach przysłowiowego „kija włożonego w mrowisko”. Prac dokumentujących poszukiwania, niepokoje, nadzieje i pasje, nieustannie zmagającego się z tworzywem i z sobą samym, ze swą przybraną przemyślnie maską clowna – pretendującego do roli „cenionego”, „szanowanego” i „szacownego” jubilata (ostatnia wystawa to rodzaj publicznej celebracji pięćdziesiątych urodzin i trzydziestolecia pracy twórczej) – artysty.

To także ponad osiemdziesiąt prac, zmagającego się z istotą Materii i Ducha, zakochanego naiwnie, jak sztubak w owej kapryśnej i okrutnej, chłodnej emocjonalnie Damie, zakochanego w Jej Wysokości Sztuce – malarza.

Pokazano tutaj zatem wszystko „jak leci”, w głębokim i jakże irytującym przekonaniu, że każdy gest, każde dotknięcie pędzla, każda utrwalona na płótnie minuta – posiada swoją wagę, swoje istotne i kruche zarazem, bardzo nietrwałe i ulotne, dość umowne znaczenie.

Widzów postawiono w sytuacji bez wyjścia: energia zapisana w dziele powraca entuzjazmem publiczności. Krytykom pozostawiono niewielki margines na snucie nudnawych, poprawnych interpretacji, szczególnie tych w tak zwanym tonie „krytycznym”. Wszak na otwarciu były tłumy, co nie tylko w Pile, ale i w renomowanych galeriach Europy – nie zdarza się teraz często!

Zgromadzone na wystawie kompozycje nie wymagają zatem komentarzy, doskonale „bronią się same”, atakując czystym, niemal „neonowym” kolorem, świetlistym, finezyjnym konturem rozrastającym się w skomplikowane siatki, w bliskie mozaice – struktury, z wyraźnymi podziałami przestrzeni, wreszcie – z odciskającą swe piętno, wyrafinowaną, wykalkulowaną multiplikacją.

Kilka programowych wystąpień Tomasza, opatrzonych „naukowym” komentarzem w stylu zapiski „penetratora przestrzeni mistycznych”, czy refleksje nad „postenognozą w obrazach XXX” – zdaje się określać wyraźnie relacje między nadawcą (niekoniecznie czytelnego) komunikatu, a odbiorcą. Tak, więc Perlicjana zlekceważyć nie sposób, podobnie jak nie sposób nie doceniać Jego wyrazistej, intensywnej obecności.

Tomasz to w końcu awangardowy Art-Object, sam w sobie jest dziełem sztuki, symboliczny, metaforycznym, wykreowanym z rozmysłem, do ostatka, aż po rondo czarnego melonika. Mamy tu zatem do czynienia z barokowym konceptem, pomysłem na uprawianie sztuki totalnej, epatującej nie tylko czysto malarskimi środkami ekspresji, ale i retoryką, potrzebą zaskoczenia i zadziwienia odbiorcy. To oczywista metoda na zaistnienie i rację miał Tadeusz Ogrodnik, gdy na ulotce, zapowiadającej pokaz, a później we wstępie do katalogu – napisał był (nie bez życzliwej, serdecznej ironii) że Perlicjan jest „wszędzie” oraz, że „wszędzie go pełno”.

Kiedy w połowie XX wieku – Michel Ragon, francuski teoretyk sztuki, rzucił hasło „Salut au baroquisme” (powitanie barokizmu) czyniąc w swym przekonaniu gest nobilitujący prace uczestników zbiorowej wystawy „Divergences 6” – wywołał skandal w środowisku, a wybitny architekt Le Corbusier – miał poczuć się osobiście obrażony.3

Fascynacja barokiem (termin ten posiada nadal pejoratywne zabarwienie), barokiem pojmowanym nie tyle w kategoriach anachronicznego stylu wypowiedzi, ile w odniesieniu do konkretnej postawy estetycznej, wyrażającej zachwyt, afirmację konceptem i skontrastowane z nim poczucie klęski, rozdarcia wewnętrznego, tragedii psychicznej człowieka, zanurzonego w materii światła i mroku, w świecie dysharmonii, kontrastów, człowieka osamotnionego, wydanego na pastwę „Hetmana Ciemności”, Demiurga – wydaje się aktualna także (a może – szczególnie) właśnie dzisiaj.

Na okładce albumu „Życie sztuką. Teatr, malarstwo, poezja.” – znajdujemy rodzaj wnikliwego zapisu autoportretu: karykaturalnie wykrzywiona twarz, z teatralnym, pełnym ekspresji grymasem, urągającym wszelkim (nawet tym wyrosłym z potrzeby buntu, prowokacji, niezgody) kanonom piękna. Twarz groteskowa, prześmiewcza, przypominająca intensywnie oświetloną maskę. Maskę wydobytą zza kulis, z rekwizytorni niezłego, dbającego o poziom i repertuar, zawodowego teatru. Maskę odkurzoną i dobraną starannie, demonstrowaną po wielekroć, uroczyście i z emocją, jednak bez tego patosu, scenicznego „zadęcia”, które zwykle dotyka (mających spore grono wielbicieli) artystów.

W tle kawał czerwono-oranżowego płótna, tkanego grubym, wyraźnym splotem, mocnego, „nie do zdarcia”, przypominającego zgrzebne pokrycie leżaka. Kawał płótna zszytego równym, solidnym ściegiem z fragmentem przetartego, raczej sfatygowanego jeansu, symbolu buntu i luzu młodzieży lat siedemdziesiątych minionego stulecia.

Dwa, wydawane kolejno (jeden w 2010, drugi w sześć lat później) zbiory prac malarskich Tomasza Perlicjana – nie pozostawiają cienia wątpliwości, że oto przedstawiciel niegdysiejszej Bohemy trafił w nasz, jakże obcy i nieprzychylny dla ambitnych, twórczych poczynań – czas. Przeglądając, zgromadzone w tu teksty, reprodukcje obrazów, fotograficzną dokumentację happeningów i działań z pogranicza sztuk – doświadcza się przewrotnej satysfakcji, specyficznej radości krytyka.

Krytyka, który oto staje twarzą w twarz z godnym siebie, nie do końca zapoznanym – przeciwnikiem, z twórcą dojrzałym, a jednak po gombrowiczowsku „dzieckiem podszytym”, nieobliczalnym, a przecież świadomym swej pasji i mocy, podążającym konsekwentnie, z uporem i z cudowną beztroską, z urokliwym wdziękiem modernistycznego „L’enfant terrible” – własną, wyraźnie wytyczoną drogą.

Kolejne prace, układające się w tematyczne i malarskie cykle – to okna wiodące ku barwnym happeningom, odgrywanym w obecności i przed oczami oniemiałego, zaskoczonego widza. Taki pomysł na reżyserowanie zdarzeń, zapisanych w niewielkich, misternie budowanych formach mieli metafizyczni poeci baroku, takim pomysłem (barokowym konceptem właśnie) epatowali niezbyt starannie wyedukowanych czytelników, pamiętając słowa siedemnastowiecznego pisarza i teoretyka literatury, Giambattisty Marino, że „Celem poety jest cudowność. Kto nie potrafi zdumiewać niech idzie do stajni.”

Do niewątpliwych osiągnięć Perlicjana należy stawianie znaków równości między życiem i teatrem, teatrem i życiem i… tak bez końca. Do (równie wytrwale powtarzanych) prowokacji malarza, celowo nie oddzielającego życia od sztuki – należy także owa barkowa, rozbuchana formalnie, wzbogacona metafizycznym podtekstem, niemal mistyczna, o wyraźnie barkowej proweniencji – „cudowność”. Taka cudowność to przede wszystkim stan ducha, stan ducha afirmującego, polatujacego wszędzie tam, gdzie występuje kontrast, antyteza, dominujący pomysł, organizujący całość dzieła i podpowiadający wielość, niekiedy sprzecznych, przewrotnych, aż po groteskę i przerysowanie, zaskakujących – interpretacji.

Jak pisał, dostrzegający we współczesnym sobie malarstwie, w malarstwie lat sześćdziesiątych XX wieku, krytyk Eugenio d’Ors – duch „barokizmu” nie bardzo wie, czego pragnie, ale pragnie zawsze intensywnie, zmysłowo, w sposób naznaczony piętnem niepokoju, wewnętrznego „pęknięcia”, sprzeczności. Duch ów chce zatem „kolumn, których struktura jest patetycznym paradoksem”, pragnie „zarazem ciążyć i wzlatywać”, „zarazem wznosić i opuszczać dłoń”, a „poprzez formę spirali jednocześnie oddala się i przybliża”.4

Podobnie dzieje się w przypadku kompozycji malarskich Tomasza, kompozycji wykorzystujących złudzenie optyczne, w których secesyjny ornament sąsiaduje z pofałdowaną, ukształtowaną łagodnie szachownicą, w których surrealne kapelusze i guziki, namalowane „witrażowo”, z podświetlonym obrysem sąsiadują z ciężkim, zda się kamiennym skrzydłem anioła, odzianego w czerwony, epatujący ledwie uchwytną nutą erotyzmu – sweterek. Kompozycji w których zmagają się, walczą ze sobą żywioły. Żywioł zmysłowości, pulsującej całą gamą mocnych żółci i czerwieni z żywiołem szmaragdowej zieleni, zwiastującej spokój i porządek filozoficznych przemyśleń.

For a chicken the most beautiful is chicken” – chciałoby się przypomnieć raz jeszcze. Dla artysty, ulegającego przemożnej, nonszalanckiej przyjemności kreowania swego wizerunku w oparach świetlistych zieleni, w oparach czerwieni i fioletu, a przede wszystkim -w opartych na koncepcie obrazach, w obrazach których ilość przytłacza – najpiękniejszy jest sam artysta.

I nie ma w tym niczego niestosownego, mogącego oburzać, czy złościć. Artysta musi pokochać sam siebie – inaczej nie pokocha go publiczność. Dzieło sztuki nie funkcjonuje bowiem w izolacji. Na wystawie Perlicjana „aż iskrzy”. I nikt nie poważy się twierdzić, że salony to „cmentarzyska sztuki”, to martwe, opuszczone i zazwyczaj sterylne – przestrzenie. Dzięki takim życzliwym, pozbawionym wszelkiego cynizmu, bezinteresownym wesołkom i prześmiewcom jak Tomek – świat nagle staje się piękny, wielobarwny, perliście, po perlicjanowsku – roześmiany, aż buzuje, aż kipi, aż iskrzy feerią świateł i barw.

Małgorzata Dorna, Piła, maj 2016

1. M. Porębski, Ikonosfera, PIW, Warszawa 1972, s. 242

2. Jacek Tylicki, A new ethos of art., http://www.tylicki.com/

3. A. Baranowa, „Powitanie barokizmu. Wokół związków nowoczesności z tradycją”, Barok i barokizacja, Materiały sesji Oddziału krakowskiego Stowarzyszenia historyków Sztuki, z. 4 – 4 / XII 2004, Kraków 2007, s. 357

4. Za: A. Baranowa, „Powitanie barokizmu”, op. cit., s. 358

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Skip to content