30.12.2011 – 35. Salon Pilski ART’2011

30.12.2011 – 35. Salon Pilski ART’2011

30 grudnia 2011 r. o godz. 19.00 odbył się wernisaż wystawy Artystów Środowiska Pilskiego.

35. Salon Pilski ART’2011 to wystawa prezentująca najnowsze prace twórców związanych z regionem północnej Wielkopolski. Zaproszone przez BWA i UP do udziału w Salonie indywidualności tworzą wielopokoleniowy konglomerat postaw artystycznych. W przeglądzie sąsiadują obok siebie dzieła twórców dojrzałych, o uznanym dorobku z pracami artystów rozpoczynających przygodę ze sztuką. Myślę, że zyskują i jedni i drudzy, albowiem tylko otwarta, pluralistyczna konfrontacja postaw i poglądów artystycznych prowadzić może do rozwoju różnych form sztuki współczesnej.

W obecnej dobie kultura nie może się już opierać na kanonach, stylach i hierarchiach, zostały one zachwiane już ponad wiek temu. Zacierają się granice pomiędzy dziedzinami, a zawarty w dziełach przekaz często wyklucza się wzajemnie. I tak być powinno, bo przecież nic nie jest dane raz na zawsze – wszystko podlega zmianom i przewartościowaniom. Jako twórcy jesteśmy ”dziećmi wolności”, codziennie możemy wkraczać w nowe obszary sztuki, zagłębiać się w nie, poszerzać lub zawężać swoje działania. Wymaga to siły i determinacji, ciągłego zmagania się z materią dzieła, z własnym lękiem i obawą o efekt końcowy. Artystom, których prace wystawiamy na Salonie nikt nie daje gotowych rozwiązań, nie istnieje ”recepta na dzieło”, wszystko jest relatywne. Edukacja artystyczna otwiera przed twórcą szereg okien do dalszych poszukiwań, jednak nie gwarantuje sukcesu. Ten można osiągnąć tylko poprzez indywidualny rozwój własnej osobowości oraz ciągłą pracę w wybranej dziedzinie twórczości. (…)

Tadeusz Ogrodnik dyrektor BWA i UP

 

 

Prace eksponują: Janusz Argasiński, Alfred Aszkiełowicz, Wojciech Beszterda, Małgorzata Biała, Mirosław Bocian, Paulina Brodowska, Marian Cabański, Ryszard St. Dereżyński, Zofia Kawalec Łuszczewska, Edward Kreft, Henryk Król, Anna Lejba, Tomasz Lietzau, Hanna Łastowska, Rafał Łuszczewski, Agnieszka Malinowska – Kołcon, Paula Marinella, Andrzej Masianis, Marta Mrówka, Joanna Naranowicz, Zbigniew Niewiadomski, Krystyna Noska, Tadeusz Ogrodnik, Lucyna Pach, Tomasz Perlicjan, Barbara Pierzgalska- Grams, Danuta Pisarek „Dasarra”, Andrzej Podolak, Ewa Podolak, Bartosz Poźniak, Monika Magdalena Poźniak, Eugeniusz Repczyński, Bogusława Różańska, Jacek Sokołowski, Danuta Szymaś, Andrzej Tomaszewski, Marta Tomaszewska – Gruszka, Agnieszka Ulanowska, Elżbieta Wasyłyk, Renata Wojnarowicz, Dariusz Zatoka, Ewa Zielińska – Repecka.

 

Wernisaż uświetnił mini koncertem fortepianowym Piotr Grelowski.

 

http://photosynth.net/edit.aspx?cid=188d62dd-9818-441e-89b9-2874b9acea43

http://photosynth.net/view.aspx?cid=8cc01a0e-a00c-4401-9e23-b094d5fb3175

 

Zapomniany język.

„Tak, więc żyli w wymykającej się rzeczywistości, którą chwilowo mogli schwytać za pomocą słów, ale która musiała wymknąć się bezpowrotnie wraz z zapomnieniem wartości słowa pisanego.” (G. Garcia Marquez, „Sto lat samotności”)

W znanej powieści Gabriela Garci Marqueza mieszkańcy niewielkiej osady Macondo (dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną) zostają dotknięci zarazą, której obecność zwiastują tylko niewinne „zielone kogutki bezsenności, śliczne, różowe rybki nakrapiane bezsennością i żółte koniki zatrute bezsennością”. Przewrotny los odbiera im zatem sen i pamięć, a w konsekwencji także słowa, dzięki którym mogli z łatwością oswajać rzeczywistość. Pogrążają się w niepamięci, chaosie, stają się bliscy samounicestwienia, a przecież upłynie sporo czasu zanim odkryją, że bez sennych marzeń, widziadeł, bez szlachetnej melodii literackiej frazy, bez obecności tekstu pisanego – ich egzystencja okaże się wielce wątpliwa. Wydaje się, że my również doświadczalibyśmy owej pozorności (lub może nawet – ułomności) bytu bez sztuki, bez możliwości odczytywania za każdym razem odmiennie, a więc po wielekroć – sensu artystycznego przesłania, sensu owego listu wysyłanego przez twórcę ku odbiorcy, odbiorcy wpisanemu, zakodowanemu, utrwalonemu w dziele. Tak, więc bez obecności sztuki – my także mieszkalibyśmy w swoiście wykreowanym Macondo. Doświadczalibyśmy bezsenności, bowiem odebrano by nam prawo do marzeń i snów, dając co najwyżej szansę na wirtualny, pop kulturowy letarg. Współczesny artysta, o czym mogli przekonać się goście „Salonu Pilskiego 2011” niezależnie od tego, czy stać go na prowokacyjne, nonszalanckie gesty, czy na teatralne, patetyczne, groteskowe maski lub poufałe miny – poszukuje kontaktu z odbiorcą, który coraz częściej wydaje się zapominać o trudnej umiejętności wypowiadania, spisywania, redagowania lub po prostu formułowania – myśli. Być może właśnie dlatego w prezentowanym w ramach Salonu malarstwie tak uporczywie, natrętnie – pojawia się litera pojmowana jako znak graficzny, symbolizujący istnienie procesu komunikacji, ale w istocie oderwany od swych pierwotnych sensów. W efekcie znak ten okazuje się pusty, mimo że fascynuje prostotą, doskonałością, magicznym pięknem geometrycznej, acz coraz bardziej obcej i mniej zrozumiałej formuły. Taką rolę wydaje się pełnić litera, a właściwie zbiór liter w pełnych ekspresji i pozornego chaosu pracach Anny Lejby oraz w uporządkowanych, statycznych kompozycjach Alfreda Aszkiełowicza. Szablony w malarskich, nieco szkicowych kompozycjach Anny (zestawienia liter dopracowanych aż po kaligrafię i mocno nakreślonych, chropawych), pokazane w przypadkowych konfiguracjach, układach przypominają o braku szansy na jakiekolwiek próby sensownej, a więc skutecznej komunikacji. Warto tutaj przypomnieć, że we wcześniejszych pracach artystki litery układały się w pasy i smugi imitujące zapis elektroniczny, tak bardzo typowy dla kultury XXI wieku, zapis w którym istotne, niekiedy bulwersujące treści sąsiadują z tanimi, bulwarowymi plotkami, sensacyjnymi strzępami informacji z życia gwiazdeczek i gwiazd. W pracach A. Aszkiełowicza natomiast litery wbudowane w sekwencje kwadratów mają w sobie coś z magii tajemnych inskrypcji, z zapisu dokonanego w nieznanym, acz niezupełnie obcym języku. Ich nie do końca doskonałe, zwykle jednak dość wyważone, harmonijne formy przywodzą na myśl napisy wykute w skale, w kamieniu, których znaczeń na próżno starałoby się dociec. Do archetypu magicznego znaku, schematycznego pisma, przypominającego ryty nawiązują także prace Rafała Łuszczewskiego, tworzone w konwencji bliskiej ekspresji pokolenia „Młodych dzikich”, które starało się zdominować lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Wydaje się jednak, że owe nawiązania, cytaty, celowo prowokacyjne, przewrotne nie są banalnym zapożyczeniem, a noszą już piętno osobowości dojrzałego artysty, jego rozpoznawalnego, specyficznego stylu. Co ciekawsze dzieje się tak niezależnie od deklaracji zawartej w tytule, że „Zawsze copy”. Nic zatem nowego w dziedzinie, która na zawsze „copy”, a więc cytująca, powtarzająca, powielająca siebie samą i z sobą samą podejmująca walkę. W końcu „copy” kojarzy się także z kopią, którą cios zadać można precyzyjnie, boleśnie, na wylot, ostatecznie i bardzo skutecznie zarazem. Oczywisty okazuje się fakt, że w przypadku sztuk wizualnych słowo nie posiada tak istotnego znaczenia jak plama, faktura, graficzny, szkicowy obrys i w efekcie kontakt z widzem (w sztuce abstrakcyjnej tak emocjonalny, że aż iskrzy), kontakt który odbywa się w sposób wolny od poza artystycznych treści, a jednocześnie zdecydowanie bardziej spontaniczny, zmysłowy. Takie właśnie okazują się obrazy Andrzeja Podolaka bulwersujące zmysłowością, jakimś głębokim, pulsującym ciepłem, bijącym z drugiego planu, tak jakby źródło światła lub może źródło owej energii i siły, takiej pierwotnej, wynikającej z nonszalanckiego odrzucenia konwencji, sztuki operującej anegdotą, fabułą – nie mieściło się w granicach, w ramach obrazu. Brutalność w traktowaniu plamy, ostrość, drapieżność bardzo malarskiej krechy, wygrywanie wewnętrznego napięcia kompozycji poprzez zestawienie faktury, wyrazistej i ciężkiej, nasyconej kolorem formy z delikatniej potraktowanymi śladami pędzla – wszystko to sprawia, że obrazy Andrzeja atakują widza, przypominając mu o pierwotnej, magicznej roli prawdziwej (a więc zmierzającej ku praźródłom) sztuki. Dla abstrakcjonisty bowiem dzieło sztuki okazuje się bliskie wytworowi Natury, staje się efektem czerpania z Duszy Świata, z jakiegoś ogarniającego Wszechbytu. W efekcie cykle, nawiązujących do form organicznych, będących syntezą świata natury kompozycji – stają się przede wszystkim utrwaleniem stanu psychiki autora, objawiającym się w nagłym błysku iluminacji, z ogromną wewnętrzną mocą. Nieco odmiennym językiem, mimo że także zmierzającym w kierunku czystej abstrakcji posługuje się Janusz Argasiński, który na wystawie prezentuje tylko jedną pracę, zatytułowaną „10 lat później”. Owa wypełniona światłem, powietrzem kompozycja epatuje widza kruchością, umownością i delikatnością form. Stanowi swoisty zapis stanu unicestwienia, rozpadu, a owe „10 lat” okazują się czymś w rodzaju epitafium dla istniejących zapewne niegdyś, w świecie realnym przedmiotów, intensywnym (mimo pastelowych barw) zapisem śladu obecności kogoś, kto być może owych przedmiotów dotykał, układał w przemyślane struktury, sobie tylko bliskie, znajome konfiguracje. Przesłanie nie wydaje się być jednak zbyt pesymistyczne – upływ czasu dotykający brutalnie tego, co materialne, realne pozostawia w niemal nietkniętej, idealnej formie piękno psychiczne, duchowe, gdyż nawet nieobecne przedmioty mają (jak głęboko wierzyli mistycy) swa utajoną, duchową siłę, energię będącą zapisem pozytywnych emocji człowieka. Zapomnianym językiem, językiem metafory i symbolu, zmierzającym także w kierunku szlachetnej abstrakcji przemawiają dwie wybitne malarki, związane od lat ze środowiskiem pilskim: Renata Wojnarowicz i Barbara Pierzgalska – Grams. Obie, mimo tak różnych sposobów odczuwania sztuki, tak odmiennych dróg artystycznego rozwoju – odkrywają przed nami nieznane, fascynujące oblicze Natury, oblicze ulotnego, skąpanego w migotliwym świetle, poruszonego, rozedrganego świata. Renata tworzy syntetyczne pejzaże z zaobserwowanych fragmentów architektury, wzgórz, porosłych kwieciem i trawami łąk, skalistych wzniesień ze śladami białych, jakby przeniesionych z dzieł Cézanne’a, oświetlonych słońcem południa miasteczek. W ramach Salonu artystka pokazuje kaskady światła, przedziwne rozświetlone przestrzenie, w których fragmenty pozornie znanego pejzażu prowokują do niemal metafizycznego doznania. Zbliżają nas ku Tajemnicy owego istniejącego obiektywnie, niezależnie od woli obserwatora świata, którego piękno okazuje się trwać mimo, lub może nawet wbrew intencjom zanurzonego w codzienności człowieka. W kierunku poetyckiej abstrakcji zmierza także Barbara Pierzgalska – Grams, której droga twórcza, a właściwie porosła trawami i rozkołysaną na wietrze, postrzępioną trzciną ścieżka – prowadzi od bieli ku czerni, od pastelowych, zwiewnych, ledwie zaznaczonych form ku smugom nasyconym fioletem, błękitem i stonowaną czerwienią. One to właśnie, tak bardzo finezyjne i zwiewne, ulotne aż do granic nieistnienia – przywodzą na myśl zapis tego, co nietrwałe, świecące światłem odbitym, powtórzonym w tafli jakiejś wielkiej i spokojnej wody. Prezentowane na wystawie prace z cyklu „Obecność zaklęta w ciszę” pozwalają zatem dotknąć tego, co niewidoczne dla oczu, doświadczyć ciepła i przychylności jakiegoś uniwersalnego bytu, którego istnienia możemy się tylko domyślać, lub po prostu go przeczuć. W ramach Salonu pokazano także dzieła, których autorzy podejmują zarówno grę intelektualną z odbiorcą jak i odwołują się do jego wrażliwości, intuicji, potrzeby estetycznych, wyrafinowanych przeżyć. Do takich prac należy cykl niewielkich kompozycji Tadeusza Ogrodnika (tusz lawowany i piórko) mówiący o kondycji współczesnego człowieka, a szczególnie o kondycji artysty. Dominującym tematem okazuje się tutaj motyw wyobcowania, programowej izolacji i owych teatralnych gestów, przy pomocy których staramy się przekazać odbiorcy więcej, niż przy pomocy słów. Oczywisty wydaje się fakt, ze współczesną cywilizację zdominowały pozy, sztucznie wykreowane postawy, z uporem nakładane maski. Na jednym z rysunków Tadeusza artysta siedzi bezruchu, wyposażony (jak w berło) w symboliczny atrybut talentu i władzy – w znacznych rozmiarów pędzel. Skazany na pozę siedzącą (jak w pracach zapomnianego już nieco Andrzeja Wróblewskiego – „ukrzesłowiony”) artysta wydaje się pozostawać czujny, uważny, skupiony, mimo że w jakiejś mierze odrzucony przez zbiorowość, niepotrzebny, czy może nawet nieco zaszczuty, bezradny. Otacza go tłum dziwnych, surrealnych postaci, o twarzach nieruchomych, wyrazistych jak maski. Tłum niebezpiecznie zamyka, zacieśnia krąg. Artysta pozostaje milczący, bez szans na nawiązanie rozmowy, bez potrzeby porozumienia, zaistnienia poprzez formę komunikacji. Tak, więc pokazane na wystawie prace przemawiają do nas wielością głosów, ewokując wielobarwną, zagęszczoną przestrzeń. Tworząc niekiedy fascynujące kolisko monologów, kiedy indziej tło tylko dla kwestii wypowiadanych wyraźnie, na proscenium, w pełnym blasku reflektorów – prowokują odbiorcę do głębokiego zastanowienia. Niestety jako mieszkańcy masowej (a więc globalnej i spauperyzowanej w istocie) wyobraźni, jako potencjalni odbiorcy sztuk wszelakich, w tym wizualnych także – zmierzamy w stronę Macondo, konsekwentnie, z uporem, krok po kroku. Daliśmy sobie przyzwolenie by wypowiadać sekwencje niepowiązanych myśli i słów, bez dbałości o ich kształt i formę. Nazywamy rzeczy dosadnie, jasno, niekiedy brutalnie i bez znieczulenia (przestały bowiem obowiązywać konwenanse, dobre wychowanie i kultura bycia). W efekcie zdegradowany do roli prymitywnego narzędzia język przestał być wyrafinowanym nośnikiem myśli, bez których nie ma rozmowy. Przestał być także owym fascynującym metaforą, symbolem – zwierciadłem doznań i przeżyć, stając się zbiorem pretensjonalnych frazesów, bezmyślnie powielanych stereotypów, zbiorem uprzedzeń, mechanicznie i bez zastanowienia przyjmowanych lub imitowanych ról. Wypowiadamy setki niepotrzebnych słów, dziesiątki zdań, które nic nie znaczą. Pozostaje, jak światełko w tunelu język sztuki, zapomniany i trudny to język… Oby nie stał się dla nas na wieki martwym… Oby nie stał się językiem na zawsze obcym… W końcu jak podają statystyki nie należymy do społeczeństw rozmiłowanych w ludzkiej mowie, lingwistów i poliglotów.

Małgorzata Dorna Piła, styczeń 2012

 

…………………………………………………………………………………………………………………………….

 

Dzieci potrzebne sztuce

Wybierając się w podróż, zwykle zakładam, że spotka mnie nieznane. Lękam się trochę i zarazem ciekawię, oglądam migające przez szybę pejzaże i wiążę nadzieje. Podobnie rzecz ma się ze sztuką. Im częściej zaglądam do galerii, tym bardziej ona jest. Sztuka, rzecz jasna. Przydarza mi się to odwrotnie niż Puchatkowi, który im bardziej zaglądał, tym bardziej nie mógł znaleźć. Sztuka, podobnie jak język, rozwija się wraz z moim jej doświadczaniem. Wydaje mi się, że jestem czułym odbiornikem, stereotypy wyczuwam na odległość, choć sama nie jestem od nich wolna. Jak wszyscy, bo przecież stereotyp jest zawsze społeczny. Bywa i tak, że nie znajduję sztuki w sztuce samej, odkrywam brak „zasięgu” w bardzo skomplikowanej sieci. Tym większa jest ulga, gdy na wystawie pojawia się aktywny widz, wchodzący w dialog. Wyposażamy swoje prace w komunikat, który będzie musiał się przedzierać przez fale innych. Wystawa sztuki współczesnej tylko wtedy spełni swe zadanie, jeśli rozbudzi naturalną, acz tłamszoną kulturowo wrażliwość. Sztuki wizualne bardziej niż kiedykolwiek w dziejach potrzebują owego aktywnego widza, który dopełni dzieło, by mogło zaistnieć swą intencją. W bezpośrednim kontakcie z odbiorcą, małym i dużym, zwłaszcza małym, szczerym i nieskażonym, takim, który na wskroś dojrzy zamysł autora i odważnie wypowiada swoje zdanie, spełnia się artystyczny cud. Twórcy rzadko spotykają się z przejrzystym komunikatem widzów, podczas gdy najciekawsza w procesie odbioru zdaje się interakcja. Sztuka nie odebrana, wystawiona w pełnej światła ciszy, oczekuje zastygła nawet nie klienta, jak mogłoby się zdawać, ale odbiorcy. Wchodząc do galerii spotykamy tę ciszę, rozglądamy się i z różnych miejsc zaczyna docierać do nas wołanie. Jest ono rozmaite, czasem się przekrzykuje jak ptactwo, a to warczy złośliwie, albo milczy zamknięte w sobie. To milczenie zawarte w obrazie bywa siłą, którą może odczytać tylko dziecko, które mieszka w nas. Najpiękniejsza aura powstaje w galerii wtedy, gdy dzieci zaczynają werbalizować swoje odczucia, często zaskakujące, ale jakże prawdziwe. One nie wstydzą się, ani nie boją odkrywać swych sekretów właśnie tu, pośród tajemniczego ogrodu sztuk. Tak odradza się człowiek, z natury dobry, ciekawy, myślący. „Kulturę trzeba przeżywać, nie można jej nauczać” – dowodzi Pierre Gaudibert. „Przeżywanie sztuki jest aktem egzystencjalnym niwelującym podział na twórców i odbiorców, po prostu doświadczeniem. W toku tego doświadczenia przeobraża się sztuka, przeobraża się życie wciąż od nowa intensyfikowane aktywnym działaniem wyobraźni. (…) Sens i sztuki, i życia sprowadza się do chwili ulotnej, aktu dramatycz- nego, intensywnego uczestnictwa w teraźniejszości” – podsumowuje Irena Wojnar w 1976 roku. Co mogę dodać? Słucham muzyki, oglądam obrazy, uczestniczę w wielkim dziele stworzenia. I szanuję wspomnienia babci.

Anna Lejba

 

…………………………………………………………………………………………………………………………..

ARTYSTA CZY KURATOR

Współczesne mechanizmy funkcjonowania światowej i polskiej sceny artystycznej powiązane są z ogromnym znaczeniem roli kuratorów, organizujących wielkie pokazy najnowszych poszukiwań twórczych pracujących dzisiaj artystów. Obok znanych krytyków, wielcy kuratorzy są bodajże najbardziej wpływowymi osobami obecnego art-worldu. Mogą oni pracować dla konkretnych instytucji artystycznych, takich jak muzea, fundacje czy galerie sztuki współczesnej, mogą indywidualnie współdziałać ze znanymi artystami, mogą oni również uprawiać tak zwane „kuratorstwo kreatywne”, polegające na wykorzystaniu określonych prac danych twórców w celu udowodnienia jakiejś z góry postawionej tezy, czy też zbudowania na ich postawie swego rodzaju intelektualnej refleksji, dotykającej aktualnych problemów socjologicznych, kulturowych czy politycznych. Kurator sztuki – niezwykle ważna profesja, która ukonstytuowała się w fermencie dwudziestowiecznych przewartościowań artystycznych – to zawód niezwykle ciekawy, ale również odpowiedzialny i wymagający określonych predyspozycji intelektualnych i psychologicznych. Moim zdaniem, osoba uprawiająca wspomnianą profesję powinna być człowiekiem doskonale wykształconym, i to nie tylko w zakresie historii sztuki. Podobnie jak w przypadku reżysera filmowego, kultura i kompetencje intelektualne kuratora sztuki powinny obejmować, nie tylko wiedzę historyczną czy artystyczną, ale również zagadnienia dotyczące filozofii, estetyki, socjologii i innych dziedzin humanistycznych i nie chodzi tu tylko o naskórkowe poznanie wspomnianych powyżej dyscyplin nauki. Poza tym, współczesny kurator sztuki powinien doskonale znać mechanizmy funkcjonowania współczesnych instytucji artystycznych oraz mieć doświadczenia i swoiste „wyczucie” w kwestii plastycznego i wizualnego aranżowania wystaw. Niemal każda bowiem wystawa, zbiorowa czy indywidualna, może być współcześnie traktowana jako swego rodzaju instalacja w „makro” skali, gdzie poszczególne artefakty wchodzą ze sobą nie tylko w interakcje natury estetycznej, ale także w złożone zależności semantyczne i symboliczne. Kurator-profesjonalista, powinien panować i nad takimi związkami, bowiem ewidentnie dotyczą one kwestii „czysto” merytorycznych jego działalności. Pożądane są również w jego przypadku: wrażliwość na wartości „czysto” artystyczne, a nie tylko i wyłącznie typowo intelektualne, „bezduszne” manipulowanie określonymi teoriami z dziedziny socjologii czy filozofii. Ciekawe mogą wydawać się także decyzje kuratorskie osób, które same mają na swoim kącie pewne doświadczenia artystyczne, co pozwala im, przynajmniej potencjalnie, przyjmować „alternatywny” sposób postrzegania sztuki kreowanej przez innych twórców. Najważniejszą jednak, moim zdaniem, predyspozycją współczesnego kuratora sztuki są pewne emocjonalne i psychologiczne znamiona jego osobowości. Musi być on niezwykle tolerancyjny, jak również posiadać zdolność empatii, skierowaną na przejawy współczesnych poszukiwań artystycznych; ale z drugiej strony, powinien reprezentować dojrzałość i konsekwencję w podejmowanych decyzjach i wyznawanych przez siebie poglądach. Zdecydowanie i konsekwencja nie mogą jednak implikować w tym przypadku doktrynerstwa i widzenia problemów współczesnych kreacji kultury przez pryzmat koniunkturalnych klisz, zakorzenionych w modnych dziś stereotypowych dyskursach, nawet wtedy, kiedy klisze te udają pryzmaty liberalne czy też na wskroś pluralistyczne. Co najważniejsze jednak, konstruktywnie działający współczesny kurator sztuki, musi posiadać także elementy swego rodzaju „intuicji twórczej”, czy też „intuicji artystycznej”, pomagającej mu w „wyławianiu” tego, co ważne w danym czasie w sferze kultury i sztuki, nieraz wbrew obiegowym i standardowym opiniom, formułowanym przez „najwyższe”, niejako „ostateczne” i „niepodważalne” w swych decyzjach autorytety rządzące współczesną areną ekspozycji i pokazów sztuk wizualnych. Tyle ogólnych refleksji na temat zawodu kuratora sztuki, a jak sprawa wygląda w praktyce?

Marta Tarabuła w swym niepokornym tekście zatytułowanym „Socrealizm nad laguną” – w którym, między innymi, przedstawia swe refleksje na temat 54. Biennale Sztuki w Wenecji oraz wyraża swe wątpliwości wobec koncepcji merytorycznej MOCAK-u, nowo otwartego Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie – zadała także nader istotne dla współczesnej sceny artystycznej pytania: Jak długo będzie się w Polsce dzielić artystów na słusznych i niesłusznych?; Jak długo sztuka będzie pokorna wobec ideologii?; Jak długo ceną za niezależność będzie wykluczenie z obiegu?1 . Pytania te wydają się zasadne, a słuszność ich sformułowania potwierdza w pewnym stopniu wypowiedź Piotra Sarzyńskiego, który stwierdził, także w kontekście negacji koncepcji merytorycznej 54. Biennale w Wenecji, że wyczuwa nieczyste intencje wpisane w mechanizmy funkcjonowania współczesnego art-worldu: Picasso rozbrajająco przyznawał niegdyś: „Prawdziwy talent artysty to umiejętność przekonywania innych, że jego fanaberie są im absolutnie niezbędne”. Wyczuwam, że dziś w owym przekonaniu uczestniczy cała silna koalicja, złożona z artystów, krytyków, kuratorów i właścicieli galerii, wobec której widz nie ma szans, a (…) [wszystko to] podszyte jest partykularnymi interesami. Gra idzie o duże pieniądze, sławę, miejsce w historii. Mechanizmy przyjęte w funkcjonowaniu tego świata, stają się ważniejsze od przesłań samej sztuki, a zawrotne kariery takich artystów, jak Damien Hirst, Jeff Koons czy Takashi Murakami, są tego najlepszym dowodem 2. W innym fragmencie cytowanego tekstu („Dlaczego nie pojechałem na weneckie Biennale…”) Sarzyński pisze: Słowa, słowa, słowa. Wciskają się zewsząd do sztuki prezentowanej na Biennale. Przede wszystkim pod postacią wyjaśnień i tłumaczeń. Dzieła same się nie bronią. Widz potrzebuje komentarzy i je otrzymuje. Opasły katalog, eseje kuratorów, zwierzenia artystów, stosy ulotek, które przygotowują widza, na to, co za chwilę ujrzy. Kluczową rolę w tych zaklęciach grają takie słowa jak: narracja, mity, nowoczesność, kanon, gender, tożsamość, krytyka 3. Cóż jednak z tego, skoro: prawdziwych zaskoczeń w sztuce współczesnej jest coraz mniej, bo też i [sam] system im nie sprzyja. By zaistnieć trzeba stosować kody powszechnie znane i czytelne (…). Nawet prowokacje, będące solą sztuki, coraz rzadziej przerywają wszechogarniającą nudę 4. I rzeczywiście, obecnie to wielcy krytycy i potężni kuratorzy kreują oblicza współczesnej areny artystycznej: to oni – mając do dyspozycji łamy gazety lub przestrzeń ważnej [oficjalnej] instytucji – decydują, co znajdzie się w centrum uwagi, a co pozostanie na marginesie 5. Niestety o wiele częściej, niż jesteśmy w stanie to przypuszczać, działają oni w sposób zdecydowanie stereotypowy, który stwarza jednak pozory daleko posuniętego liberalizmu i pluralistycznej tolerancji. Zaskakujące wydaje się to, że o „ekspozycyjnych” wyborach współczesnych kuratorów decydują w znacznym stopniu kwestie tematyczne potencjalnych artefaktów artystycznych. Niezwykle wysoko we współczesnej hierarchizacji tematów i problemów twórczych plasują się: tematyka Holokaustu, kwestie związane z feminizmem oraz problemami mniejszości narodowych czy seksualnych oraz krytyka konwencjonalnych norm społecznych, religijnych lub obyczajowych – norm, które w pewnych przypadkach ograniczają swobodny rozwój współczesnego człowieka. Tematy te z całą pewnością są ważne, ale pamiętajmy o tym, że nie każda wypowiedź artystyczna je podejmująca musi być sama w sobie na tyle ciekawa, aby warto było ją promować, tylko i wyłącznie z powodów czysto „ideologicznych”. Czasem przeciętne, niedojrzałe dzieło potrafi „uwłaczać” wzniosłej tematyce i sprowadzać ją do poziomu banału niewartego niczyjej uwagi. Bo czyż nawet najbardziej cenna idea nie rozsypuje się w pył, kiedy zostaje niezbornie i nieadekwatnie wyartykułowana? Poza tym, czy o wartości dzieła sztuki musi decydować tylko i wyłącznie jego warstwa „czysto” ideologiczna? I czy wreszcie, współcześni artyści nie podejmują także innych poszukiwań, niż te tak adorowane przez oficjalnych przedstawicieli teraźniejszego art-worldu? Działań, które są ciekawe, intrygujące oraz godne prezentacji i ewentualnej promocji? Postawione powyżej pytania, to pytania retoryczne, mające na celu ukazanie w jaskrawym świetle monumentalnej „wieży z kości słoniowej”, w której w wielu przypadkach, wydaje się obecnie zamykać instytucjonalne funkcjonowanie pewnych szlaków obiegu artystycznego wizualnych artefaktów współczesnej kultury. Wielkie współczesne wystawy sztuki na mocy decyzji kuratorskich wydają się również niezwykle często faworyzować pewne ściśle określone media. I tak królują na nich zazwyczaj instalacje i wideo-art. W tym drugim przypadku: odnosi się wrażenie, że większość prac powstaje według tego samego przepisu, który brzmi: weź dowolny fragment rzeczywistości, a następnie po prostu włącz kamerę i sfilmuj go6. Czy taka niepisana recepta twórcza będzie rzeczywiście w każdym przypadku owocować ciekawym efektem artystycznym? Mam w tym względzie, co oczywiste, ogromne wątpliwości. Pamiętajmy o tym, że we współczesnej sztuce bodajże najważniejsze wydają się: ranga artystycznej koncepcji oraz adekwatność doboru środków do jej wizualnej artykulacji. A adekwatne środki mogą być przecież różne, nie tylko te, które wydają się odkryciem XX-wiecznych praktyk artystycznych, ale także te o rodowodzie zdecydowanie tradycyjnym. Medialna „segregacja”, w sensie metaforycznym, jest podobna do segregacji rasowej i wydaje się jak najbardziej naganna. Być może zatem życzylibyśmy sobie oglądania innych prestiżowych wystaw sztuki współczesnej, niż te które jakże często się nam obecnie oferuje? Być może wiele decyzji współczesnych kuratorów nie jest do końca satysfakcjonująca?

W czym zatem tkwi nie do końca konstruktywna rola pewnych współczesnych działań kuratorskich? Po pierwsze: w bezkrytycznym uleganiu pewnym stereotypom i hierarchizacjom wyznawanym przez przedsta- wicieli oficjalnego, współczesnego art-worldu oraz w zdarzającym się w pewnych przypadkach instrumentalnym traktowaniu samych artystów i proponowanych przez nich dzieł. Kiedy chęć wpisywania się w pewne prestiżowe koniunktury artystyczne oraz pragnienie zaspakajania własnych egotycznych ambicji stają się dla kuratora ważnie- jsze niż istota samych propozycji twórczych – wtedy, możemy mieć do czynienia z niemalże patologicznym wymiarem kreowania wydarzeń i sytuacji artystycznych. Kiedy kurator w instrumentalny sposób manipuluje artystami, oraz chce niejako „na siłę” udowadniać za pomocą ich dzieł jakieś przesłanki czy tropy ideologiczne – także sytuacja taka nie zawsze kończyć się musi pełnym sukcesem. Kurator powinien natomiast próbować odkrywać ożywcze, interesujące i pozbawione ideowej i wizualnej „nudy” przejawy współczesnych kreacji artystycznych i jeśli pozwala na to ich jakość, skutecznie promować je w przestrzeni dostępnych mu instytucji artystycznych. Poza tym, nawet uprawiając tzw. „kuratorstwo kreatywne”, powinien odnaleźć się w sensie emocjonalnym, psychologicznym i ambicjonalnym w swego rodzaju punkcie złotego środka: pomiędzy realizacją własnych koncepcji a „służebną” postawą wobec artystów i kreowanych przez nich dzieł. Określenie takiego „kompromisu” nie jest wcale łatwe, ale może być ono jednym z czynników wpływającym na realizowanie niezwykle ciekawych projektów artystycznych i ekspozycyjnych. Profesja kuratora sztuki jest niewątpliwie potrzebna, a zawód ten może stać się prawdziwą przygodą intelektualną i artystyczną dla osoby, która go uprawia. Mądre decyzje kuratorskie mogą odmienić stereotypową wystawę zbiorową czy indywidualną w „energetyczne misterium”, wpływające na emocje i przemyślenia potencjalnych odbiorców. Żeby jednak sytuacja taka mogła nastąpić konieczne są: empatia, tolerancja, dojrzałość, odwaga w przeciwstawianiu się stereotypom, przede wszystkim tym które przywdziewają maskę liberalizmu oraz autentyczna chęć współpracy z artystami, nacechowana w pewnych przypadkach dystansem wobec własnych ambicji i egotycznych pragnień niemalże „boskiego” manipulowania przejawami dostępnej nam „materii” sztuki…

Rafał Boettner-Łubowski ______________________________________________________________________________________________

Cytaty oznaczone numerami: 1 i 5 – pochodzą z tekstu Marty Tarabuły pt. „Socrealizm nad laguną”, publikowanego w „Gazecie Wyborczej” – patrz: http://wyborcza.pl/1,97863,9917961.html (data dostępu: 2 listopada 2011); natomiast cytaty oznaczone numerami: 2, 3, 4 , 6 – pochodzą z tekstu Piotra Sarzyńskiego pt. „Dlaczego nie pojechałem na weneckie Biennale”, publikowanego w „Polityce” – patrz: http://test.javatech.com.pl/polityka-cms/polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/151… (data dostępu: 3 listopada 2011).

/tekst z katalogu wystawy/

Wystawa czynna do 2 lutego 2012 roku.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.