22.06.2018 (piątek) godz. 19.00; Beata Bigaj „Płonące niebo” – malarstwo.

 

Beata Bigaj

Absolwentka Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom w Pracowni Litografii w 1997 r.). W 2012 roku uzyskała stopień doktora habilitowanego sztuk plastycznych w dyscyplinie sztuki piękne na Wydziale Malarstwa ASP w Krakowie. Pracuje w Akademii Ignatianum w Krakowie, w której kieruje Katedrą Estetyki i Wiedzy o Sztuce. Zajmuje się malarstwem i grafiką. Swoje prace prezentowała na kilkudziesięciu wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i za granicą. Jej obrazy znajdują się m.in. w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, Frissiras Museum w Atenach. Jest stypendystką fundacji The Elizabeth Greenshields Foundation (1994 r.), a także dwukrotną laureatką stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego: w roku 2008 (stypendium Młoda Polska) oraz w 2017 roku.

(…) Jej obrazy pełne ekspresji przeniknięte są bolesną wizją człowieka, który nie jest dla niej kimś godnym, pięknym, szlachetnym i wzniosłym, jest kimś uwikłanym w dramat bez wyjścia, kimś, dla którego inni są piekłem – by przywołać słowa Sartre’a z dramatu „Za zamkniętymi drzwiami”. Wizję człowieka jaką ma Beata Bigaj uwyraźnia kontrast, przeciwstawienie wizji człowieka w obrazach – powiedzmy – polskich monachijczyków: Józefa Brandta, Maxa Gierymskiego, Alfreda Wierusz-Kowalskiego, Adama Chmielowskiego czy Józefa Chełmońskiego… Człowiek Beaty Bigaj jest zawsze brzydki, wręcz potworny, często upodlony, poniżony, znękany losem lub przez współbraci. W losie tym nie widać nawet przebłysku jasnej strony życia. (…)

Prof. Paweł Taranczewski

 

Intronizacja, olej na płótnie, 190 x 180 cm, 2012

 

Płonące niebo, olej na płótnie, 3 x (160 x 110 cm), 2017

 

Prysznic, olej na płótnie, 180 x 180 cm, 2017

 

Przystanek, olej na płótnie, 60 x 90 cm, 2017

 

 

Utracone piekło realizmu. Misterium męki i ocalenia według Beaty Bigaj.

Dedykacja: Prawdzie za to, że zabija – autor

Z wstydem poczęty człowiek, urodzony
Z boleścią, krótko tu na świecie żywie,
I to odmiennie, nędznie, bojaźliwie,
Ginie, od Słońca jak cień opuszczony.” (Mikołaj Sęp Szarzyński, Sonet II)

W malarstwie Beaty Bigaj słońce nie pojawia się nigdy. Gdyby się jednak pojawiło – byłoby to zapewne „czarne słońce”, znane z poezji francuskich symbolistów lub z katastroficznych tekstów polskich romantyków. Brak tu żywiołu powietrza i Ziemi. Jest żywioł ognia i nieba. Niebo rozmalowane w całej gamie ciężkich, brunatnych czerwieni, aż po nasycone ciepłem, pulsujące brązy, zielenie, fiolety, błękity – nie daje ukojenia. Nie wabi lazurem i ciszą, nie chroni półprzejrzystym kloszem, nie obiecuje zbawienia, nie zwiastuje spacerów po lunatycznych ogrodach, nie zapowiada niebytu, zawieszenia w bezkresnych przestrzeniach, zjednoczenia się w duchowej harmonii z Absolutem. Nie uwodzi nadzieją na zanurzenie się w krystalicznej bieli obłoków pod szklanym okiem, przeszytej chłodem, obojętnej Opaczności. Niebo buzuje i płonie. Jak w barokowym koncepcie, literackim pomyśle, organizującym kunsztowną wypowiedź w dogłębnie przeżytą, ostateczną i zadziwiającą całość. Podczas jednak, gdy celem sztuki baroku było budzić zdziwienie, niepokoić, poruszać – celem tego malarstwa jest czysta, in statu nascendi – EKSPRESJA.

Wzorem reprezentantów metafizycznego nurtu siedemnastowiecznej, budowanej na kontraście i antytezie poezji, tworzących wizerunek człowieka osaczonego, skazanego na wieczne „bojowanie”, doświadczającego nieustannej obecności śmierci – Beata Bigaj zapisuje ekstremalne, zmagające się w walce, niekiedy niszczące się wzajem, kiedy indziej ulegające wzmocnieniu, pierwotne, nieokiełzane – namiętności. Z budzącą przerażenie precyzją – demaskuje, obnaża utajone żywioły uczuć, pokazanych przez pryzmat deformacji, groteski, karykaturalnych przerysowań. Każdą z jej prac cechuje ogromny ładunek emocji, zdających się rozsadzać od wewnątrz ramy, umownie ograniczające strukturę, układających w tematyczne sekwencje i cykle, atakujących nas zewsząd, wielkoformatowych – obrazów.

Nieprzypadkowo rezygnuje też z rytmu uporządkowanej opowieści, z rytmu narracji, rozwijającej się linearnie w czasie. Jest bowiem malarką momentalnych ujęć i scen, malarką fizycznego, niemal biologicznego doświadczania pełnej tragizmu, intensywnej obecności człowieka „tutaj i teraz”, w konkretnej przestrzeni i czasie. Jest także malarką dramatycznych, teatralnych gestów, apokaliptycznych wizji, cokolwiek dzisiaj to znaczy. Jest wreszcie artystką doskonale czującą kolor i formę, organiczną materię, pulsującej życiem, zmysłowej tkanki obrazu. Maluje z rozmachem i pasją, po mistrzowsku operując nasyconą światłem, miękko położoną, migotliwą, sugerującą nietrwałość i zmienność „poruszonego świata” – plamą. Zdaje się kochać kolor, ale wielość przenikających się barw nie czyni jej prac radosnymi. Tworzy bowiem krainy nieoswojone i mroczne, przestrzenie budowane na spięciach, pełne dramaturgicznych kontrapunktów, zagęszczone, pokazujące człowieka w sposób symultaniczny, na bliskich planach, od wewnątrz i zewnątrz zarazem. Człowieka rozdartego, „rozdwojonego w sobie”, wydanego na pastwę samotności w tłumie, wydanego na żer niekończącej się walki z sobą samym, wystawionego (jak na podmuch burzy i wichru) na nieuchronność wyroków Losu, na bolesną pewność ostatecznej klęski i rozpaczy.

Dla nas, zanurzonych w magmie kultury masowej, dla nas, „mieszkańców masowej wyobraźni” (jak zwykł był pisać w swej katastroficznej przepowiedni niezapomniany K.T.T.)1 – obecność prac Beaty Bigaj nabiera istotnego, brzemiennego w skutki znaczenia. Stajemy zatem twarzą w twarz z dziełem, które nakazuje nam spojrzeć w głąb siebie, zapomnieć o konwencji, zajrzeć w ową otchłań, tam wewnątrz. „Bądź najlepszą wersją samego siebie” – czytamy na reklamowych billboardach. Wykreuj swój wizerunek publiczny, popraw swój wizerunek prywatny. Przymierz tę maskę i rolę. Mów tekstem. I odrzuć prawdę o sobie jak niemodny, przenoszony łach.

Stać cię na to. Jesteś tego warta. Warta tej szminki, tej twarzy. Dopasuj sobie tę twarz. To twarz skazana na sukces, twarz harmonijna i piękna, powtórzona (jak w odpryskach diabelskiego zwierciadła) w tysiącach doskonałych egzemplarzy. Można obnosić ją z wdziękiem po ulicach czystego, opromienionego blaskiem reflektorów (jak milionami sztucznych, oślepiających słońc) nowoczesnego miasta. Współczesnego Legolandu, zbudowanego z modułów ekologicznych, funkcjonalnych, dobrze zaprojektowanych domów. Kup sobie baton „Bounty”.

Poczuj w sobie smak Raju. To słodki, pachnący kokosem, egzotyczny i jakże pożądany smak kultury masowej. Daj się ponieść. Ku światom wyidealizowanym, nieskażonym nawet cieniem obecności faktów, niedotkniętym nawet tchnieniem realizmu. Wszak realizm jawi się człowiekowi naszego stuleciach jako celnie wymierzony „w samo sedno” palec, tak kłopotliwej, w istocie niechcianej i niekochanej, nieeleganckiej – Prawdy. Co gorsza, jeżeli odwołać się do doświadczeń ekspresji „Młodych Dzikich” z lat osiemdziesiątych minionego stulecia – palec ten jawi się raczej jako nabrzmiały, brudny i niezbyt estetyczny – „paluch”. Unikaj dotknięcia palucha. Zapomnij na zawsze o Prawdzie. Prawda uwiera i boli. Prawda okazuje się katem bez białych rękawiczek, z maską cierpienia na zakapturzonej twarzy, z maską która chroni przed groteskową śmiesznością. Prawda ostatecznie – zabija. I tylko wobec Niej stajemy obnażeni i odkryci, bez rekwizytu, bez roli, wyrwani z kulturowego lub społecznego kontekstu.

Każda użyteczna metoda i tworzywo służące ekspresji jest ważne dla wyobraźni, to znaczy – ujawniania kształtu przeżyć. Pokazujemy to, co robimy, swój warsztat, by ujawnić myśli i wyobrażenia w jej bezpośredniej, często pierwszej postaci”- deklarowali w marcu 1966 roku założyciele krakowskiej Grupy „Wprost” przy okazji otwarcia, pierwszej programowej wystawy w Świetlicy Wyspiańskiego w Pałacu Sztuki. Członkowie Grupy pragnęli mówić „wprost”, językiem malarskiego reportażu, językiem bliskim „literaturze faktu”, demaskując, obnażając do granic wytrzymałości odbiorcy prawdę o człowieku i świecie. A była to prawda gorzka, bolesna, kwestionowana przez wszechobecną wówczas cenzurę, umiejętnie zakamuflowana przez (posługujące się Orwellowską „nowomową”) władze.

Kiedy w latach siedemdziesiątych w liczących się w PRL-u galeriach zaczęto pokazywać utrzymane w szarości i różach, czasami w pastelowych fioletach, wielkoformatowe obrazy Zbyluta Grzywacza, przewrotnie nawiązujące do estetyki romantyzmu – kompozycje Jacka Waltosia i słynne (zdecydowanie bardziej uładzone, estetyczne) Piety w dwój- lub trójnasób, naznaczone piętnem celowych niedomówień, wątpliwości i niewiary, autorstwa Leszka Sobockiego – co rusz wybuchały skandale. Dzieła owych buntowników, odciskających wyraźne piętno swej (jakże niepożądanej z punktu widzenia przedstawicieli oficjalnego nurtu kultury tamtego okresu) obecności, buntowników występujących jawnie przeciwko abstrakcji i koloryzmowi – raniły bowiem nie tylko uczucia religijne, kwestionowały uznane systemy wartości, występowały przeciwko akademizmowi, ale także budziły odrazę swym barakiem harmonii, dosadnością i chropawością przekazu, niekiedy jawną szpetotą.

Do owej potrzeby mówienia „wprost”, jednoznacznie, wyraźnie i dosadnie, bez znieczulenia – nawiązywało (paradoksalnie odrzucające wszelkie dziedzictwo i tradycję) pokolenie ekspresjonistów lat osiemdziesiątych. Pokolenie, którego dramatyczny głos nie wybrzmiał jeszcze na salonach sztuki, nie przeszedł w stonowany szept, mimo że liczni przedstawiciele tamtej grupy są dzisiaj profesorami Akademii, prowadzą własne galerie, wydawnictwa. Ekspresja jest nadal obecna, podobnie jak coraz mocniej zaznacza się w naszym życiu potrzeba teatralizacji, pojmowanej nie powierzchownie, jako forma udawania, imitowania, przybierania masek i ról, a jako działanie performatywne, poza przestrzenią sceny. Malarstwo Beaty Bigaj wychodzi także poza płaszczyznę, ograniczonego ramą obrazu, w którym jak w soczewce ogniskują się nasze niepokoje i lęki, nasze obsesje i zawirowania, w którym dokonuje się odwieczne misterium męki i odkupienia. Jak w sferze sacrum i mitu czas tutaj biegnie inaczej, ulega zagęszczeniu, zatrzymaniu. Ów „kolisty czas wiecznych powrotów” (jak nazywała to sugestywnie prof. Maria Janion, w prowadzonych na Uniwersytecie Gdańskim, w drugiej połowie ubiegłego stulecia wykładach) wprowadza nas w magiczny krąg, w krąg wirujących, wznoszących się i upadających, nieledwie odzianych, wpółnagich, mocno oświetlonych od strony widowni – ciał. Cielsk wyrzeźbionych sztucznym, agresywnym światłem, poskręcanych i wielkich, niekiedy ułomnych i chromych, kiedy indziej masywnych, dobrze wymodelowanych, naznaczonych piętnem indywidualizmu, rozpoznawalnych w odwiecznym korowodzie. W odwiecznym korowodzie śmierci i narodzin.

Małgorzata Dorna, Piła, noc z 21 na 22 czerwca 2018

1

 Krzysztof Teodor Toeplitz, Mieszkańcy masowej wyobraźni, Biblioteka Myśli Współczesnej, PWN, Warszawa 1970